Pierwszy „IRON”
Skąd, dla czego i po co? Takie pytania najczęściej zadają mi ludzie którzy nie znają mnie zbyt długo. Jak opowiadam co jest moją pasją patrzą z politowaniem i uśmiechem – dodając – uhumm i to tak normalnie? Mogę z dumą powiedzieć że mam już za sobą kilkadziesiąt półmaratonów, maratonów, biegów ultra a teraz dołożyłem do tego pierwszy tytuł „Żelaznego Człowieka” (Iron Man). Dla niewtajemniczonych zawody triatlonowe, które gdzieś w nazwie posiadają słowo IRON są rozgrywane w trzech konkurencjach na dystansach: 3,8 km pływania, 180 km jazdy rowerem i 42,195 km biegu (dystans pełnego maratonu). Konkurencje następują po sobie więc jest tylko czas na zmianę stroju, złapanie czegoś do jedzenia i rozpoczęcia następnej konkurencji. Tyle słowem wstępu.
Decyzja i przygotowania
Od jakiegoś czasu chodziła za mną myśl o starcie w triatlonie, umiem pływać (podobno nawet nieźle), lubię jeździć na rowerze (nawet do pracy Nowy Dwór Mazowiecki – Warszawa), lubię też biegać więc dlaczego nie połączyć wszystkich dyscyplin. W 2009 myślałem o starcie w takich zawodach w Płocku, niestety terminy pokrywały się z przedsięwzięciami w pracy, zacząłem więc szukać czegoś innego. W internecie znalazłem zawody Iron Man na Hawajach – normalnie czad – niestety okazało się że nie dla wszystkich, trzeba zdobyć kwalifikację albo zapłacić spora kasę. Poszukiwania trwały, rosła też wiedza na ten temat. Na początku roku 2010 już wiedziałem, chcę to zrobić, teraz tylko gdzie? Do wyboru Europa albo Polska, padło na Polskę. Tu niestety kalendarz mikry, ale organizatorzy stają na wysokości zadania. Pierwsza przymiarka Borówno 2010 – znowu praca, ale pojawiła się na horyzoncie „Extremalna Sobota” – jak maraton w Rytrze – impreza kameralna ale mająca wszystko co potrzeba. Zapis, szybka opłata i planowanie. Udało mi się kupić rower szosowy w dobrej cenie, mój MTB na szosę się niestety nie nadawał, pomimo zmiany kasety z tyłu. W planie: dobrze przepracować czas do zawodów, cel: ukończyć Triatlon na dystansie IRON. Opcji i możliwości jak zwykle wiele, treningi biegowe pozostają na tym samym poziomie – w końcu biegam maratony, cóż więcej mogę biegać, dodałem jazdę rowerem do pracy i po pracy, najtrudniej było z pływaniem w NDM basenu nie ma najbliższy 20km. Tu z pomocą przyszła szybka analiza i dostęp do basenu w Warszawie. Czas treningów upływał, w fazie przygotowań na wiosnę 2011 udało mi się pobiec maraton w Barcelonie w czasie 3:44:0 rekord życiowy – jest dobrze. Im bliżej zawodów w Szczecinie tym więcej wątpliwości. Dużo pracy wymagało przyzwyczajenie się do pozycji czasowej na rowerze, ostatecznie zmieniłem siodełko, sztycę pod siodełkową i kierownicę na czasową. Zmiany spowodowały uzyskanie wygodnej pozycji do długiej
jazdy. Do pływania w zawodach kupiłem piankę w Decathlonie za całe 150zł w promocji. Przed zawodami pływałem w niej dwa razy. Na początku maja pierwsze treningi na wodach otwartych, zimno jak ch..ra. Czas mijał i na początku czerwca zacząłem się rozglądać za wsparciem żywieniowym na zawodach. Analizując artykuły i informacje zawarte w specjalistycznej literaturze, ułożyłem plan co, jak, ile i na którym kilometrze. Z doświadczenia wiedząc, że nie testuje się niczego na głównych zawodach, sprawdzałem wpływ suplementów na moją wydolność w czasie treningów i zawodów mniejszej rangi. Wybór padła na produkty X-treme (oferowane przez firmę Inkospor i sprzedawane w moim sklepie www.nutrimass.pl ). Na trzy tygodnie przed zawodami nastąpiło małe zawirowanie i musiałem służbowo podróżować po Polsce i Europie, ciężko było w tym czasie pogodzić pracę z treningami ale się udało. W czwartek wróciłem na Okęcie w Warszawie, a w piątek rano już siedziałem w samochodzie w drodze do Szczecina. Dojechaliśmy na godzinę 14.00 w piątek.
Odprawa i start
Jak zwykle przed zawodami starałem się zachować spokój, udało mi się tym razem do 17.00 w piątek (przeddzień zawodów). O 17.20, pojechałem nad jezioro, popatrzeć co mnie jutro czeka. Tam stał trochę zagubiony Niemiec, który próbował się dogadać z obsługą kąpieliska i uzyskać informację gdzie jest tor kolarki w Szczecinie i biuro zawodów. Jak zobaczył gościa na dziwnym rowerze i w kasku pokazał się uśmiech na jego twarzy, jak się jeszcze okazało że ten dziwny facet mówi po niemiecku, pełnia szczęścia. Razem pojechaliśmy do biura zawodów odebrać zestawy startowe i potwierdzić start. Później szybki powrót do hotelu, udział w odprawie technicznej (złe informacje na temat pogody nie napawały mnie optymizmem). Wieczorem miła kolacja w towarzystwie kochanej żony i ustalanie strategii na dzień następny. Po sprawdzeniu wszystkiego i spakowaniu „przepaków” (przepak – miejsce w którym można uzupełnić zapas jedzenia lub picia i przebrać się w przygotowane przez siebie ubranie) przyszedł czas na sen. Pobudka o 4:10, kąpiel i śniadanie, standardowo płatki z kefirem i banany, do picia kawa i izotonik.
Na start dotarliśmy o 6:30 już niektórzy powstawiali rowery do boksów, pogoda marna, temperatura powietrza jak dla mnie do przeżycia, ale siąpiący deszcz i wiatr – bryyyyy porażka. Ustawienie roweru, jako debiutant nie wiem gdzie najlepiej, jedyna rzecz która przy chodzi mi na myśl to żeby nie trzeba było go obracać, czyli kierownica w stronę wyjścia. Ustawienie sprzętu do przebrania, zdanie przepaków na bieg i można naciągać piankę. Deszcz nie przestaje padać, pytanie żony - „czy na pewno chcesz to zrobić dzisiaj” - krótka odpowiedź – TAK. Już za chwilę start jeszcze tylko okularki, oswojenie z wodą (nie to co basen) spojrzenie na współzawodników i start, w pierwszej chwili lekki ścisk i myśli – spokojnie, rytm i tempo, pamiętaj jeszcze rower i bieganie.
Płynąc kolejne kółka, tylko odliczanie ile jeszcze jeszcze jedna boja i do brzegu. Wyjście z wody i myśli, jak będzie na rowerze ilu już wyszło, w strefie zmian jeszcze ktoś się szykuje do wyjazdu, nie jest źle nie jestem ostatni, czas jak na mnie trochę marny, ale samopoczucie OK. Przebrany wsiadam na rower i ruszam, w pamięci mam że dwóch zawodników ruszyło zaraz przede mną i zapamiętana informacja – Trasa prawie płaska – niestety na początku tego nie widać. Krótka ocena stanu samopoczucia kilka łyków wody i już zasuwam 35 km/h, na razie tempo bez szarpania. Po 10km dochodzę kolegów którzy wyruszyli przede mną, pamiętając o strefie ochronnej nie zbliżam się do nich, ale chłopaki nie pracują zbyt ostro więc jestem przed nimi i odjeżdżam. W pewnej chwili okazuje się, że jeden z nich siadł mi na koło i bawi się w Tour de Pologne. Próbuję go zgubić ale siedzi cały czas, więc lekko zwalniam i gdy jego przednie koło dojeżdża do mojego ramienia krzyczę żeby nie siedział mi na kole, bo się to źle skończy, nie dosłyszał i w tym momencie poczułem jak wjeżdża mi wkoło. Modliłem się tylko żeby sobie nic nie złamać, uderzenie w asfalt i piach w zębach. Zrywam się z okrzykiem na ustach i słyszę SORKA NIC CI NIE JEST? - Nic gościu malinowy...., krótka wymiana zdań, wyjaśnienie że regulaminy są do czytania a nie po to by były, zbieranie gratów które się rozsypały, uzupełnianie izotonika, sprawdzenie czy na pewno jestem cały no i czy rower nadaje się do jazdy – Chyba jest OK. „Kolega” odjeżdża, ja jeszcze chwilę stoję sprawdzam czy sprzęt na pewno jest w porządku. Ktoś mnie mija i pyta czy coś potrzeba – nie dzięki daję radę – ruszam. Po 45 min doganiam „Kolegę” mijam, ale moja radość nie trwa zbyt długo, łapię pierwszą gumę. Zapas i margines szczęścia jest duży, ale nie tym razem. Pomimo że mam zawodników w zasięgu wzroku i dzielnie pracuję nad odrobieniem strat (32-33km/h), przejeżdżając przez remontowaną nawierzchnię u przyjaciół Niemców łapię drugą gumę. Myśl o dojechaniu do następnego etapu nie daje mi spokoju, pogoń za kimkolwiek schodzi na plan dalszy. Niestety w tylnym kole utkwił mały ostry kamyczek i trzecia guma gotowa – a zapasu brak. Na szczęście pojawiają się na horyzoncie jacyś zawodnicy, pytam czy maja dętkę i czy mogą mnie poratować, mają i oddają jak się później okazało ostatnią jaką mieli. Znów wymiana w strugach deszczu pompowanie i jazda do strefy zmian, tym razem ścieżką rowerową przez feralny kawałek niemieckiej drogi. Na punktach szybkie do zobaczenia dla wolontariuszy i „do Szczecina, do Szczecina już tylko parę kilometrów” kołacze się w głowie. Przed Szczecinem te same małe górki niestety urosły, tak jak kałuże na drodze, kierowcy z rejestracjami ZS też nie oszczędzają klaksonów, nie widzą numeru, czy nie umieją czytać – kij z nimi już tylko chwila i będę na miejscu. Przygotowanie pod względem suplementacji daje efekty, siły nie brakuje, będzie dobrze.
Tor kolarski szybko się zbliża, wjeżdżam i schodzę z roweru. Do szatni wchodzę z Żoną, która pomaga mi odnaleźć worek ze sprzętem do biegania, zrzucam z siebie totalnie przemoczone ubranie i rękawiczki z neoprenu, które okazały się super pomysłem. Od dziewczyn z obsługi dostałem ciepłego tosta z szynką, marsa, a od Żony bluzę z polaru, którą kupiła w „Szmateksie” widząc co się dzieje na trasie i słowa dopingu – „Już nie daleko jestem z tobą”.
Wychodzę i liczę w głowie ile kółek, którędy, na początek szybki marsz po około 1500 m zaczynam biec. Nie jest źle, nic mnie nie boli. Dobiegam do pierwszego punktu,podaję szybko numer startowy i mija mnie „Kolega” - wymiana uśmiechów i rozpoczynam okrążenia. Trasa przyjazna biegaczom, niestety deszcz już zrobił swoje, po pierwszym okrążeniu jest mi już wszystko jedno. Plan na ten etap 4:30:00, realizuję całkiem dobrze - połówka zamknęła się w 2:15:02. Izotonik i żele przyjmowane regularnie robią swoje, nie męczę się i utrzymuje swoje tępo. Nie zwracając już uwagi na czas biegnę dalej. Kończę szóste okrążenie jeszcze tylko agrafka i meta. Na agrafce mijam trzech biegaczy, jednego mam w zasięgu wzroku przed sobą więc zaczynam go gonić, okazuje się że to koleś który wyszedł sobie na trening, ale dzięki niemu doganiam darczyńcę od dętki i docieram do mety. Już koniec, stoper zatrzymuję dopiero po wypiciu herbatki więc czas ostateczny według organizatorów to 14:27:00.
Zaczynam powoli analizować co zmienić, co poprawić i słyszę głos Żony – „Udało ci się, zrealizowałeś plan, ukończyłeś „Iron Mana”. Samopoczucie extra, zabrałem graty, podziękowałem organizatorom, koledze za wspólne zawody i dętkę. Za chwilę byliśmy już w drodze na Głębokie po samochód i do hotelu. Dopiero pod prysznicem odczułem skutki upadku, obtarta łydka na kostce dziura tak głęboka, że palec wchodzi, prawa ręka nie podnosi się bez bólu do góry. Następnego dnia jest już lepiej, powrót do domu. W poniedziałek odwiedziłem mechanika rowerowego, okazało się, że koła scentrowały się wzdłuż i w poprzek osi – dzięki bogu do naprawienia. Niestety nie udało mi się napompować w czasie jazdy kół do minimalnego ciśnienia, nadymałem do 4 PSI i tak dojechałem do mety.
Teraz już z doświadczenia mogę powiedzieć, że Iron jest dla ludzi, ale solidnie trzeba się do tego przygotować, nie tylko kondycyjnie ale i w zakresie sprzętu, suplementacji odżywkami i izotonikami. Impreza Szczecińska? - jestem pod wrażeniem organizacji – organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Super miejsce na debiut. Do zobaczenia na trasach maratonów i zawodów triatlonowych.





4 Response to Iron Man - pierwszy raz
Piotr Waksmundzki says:
miło się czytało relację innego nowicjusza, choć po przeczytaniu relacji (i czasie ukończenia :p) widzę że dużo lepiej przygotowanego! :) do zobaczenia za rok...?
Posted on 17 July 2011 at 21:33
anna says:
suuuper gratuluję i podziwiam.pozdrawiam anna
Posted on 14 July 2011 at 17:20
Bibi says:
Podziwiam i popieram stanowczo, że oczywiście, iż należy trenować i dobrze się przygotować, ale przyznam się, że startowałem po raz drugi (pierwszy 3 lata temu także w Szczecinie i niestety usypiałem w biegu na ruchliwej ulicy i zrezygnowałem 20 km przed metą). Wiele razy mówiłem sobie, że należ się przygotować, ale życie różnie się toczy i brak mi najczęściej czasu na jakąkolwiek solidność treningową. No to się zawziąłem i ukończyłem te zawody bez żadnego treningu (ta pierwsza próba z przed 3 lat odbywała się w taki sam sposób). Powiem tylko, że w ub. roku chyba 2 razy kąpałem się w jeziorze, w tym roku wcale, w ub. 2 razy pojechałem 2 km po piwo do sklepu, w tym roku 1 raz 17 km i raz 30 km, no i jedynie strach spowodował to, że przez ostanie 2 tygodnie przed zawodami 4 razy pobiegałem z psami po ok. 6 km w tym raz 17 km. Wiedziałem, że ukończę i wiedziałem, że pupa będzie boleć od siodełka ( no i od 60 km bolała bardzo). Ale zdenerwowali mnie moi współorganizatorzy, bo wiedząc, że nic nie robiłem wykreślili mnie nawet z listy startowej tuż przed zawodami. Ale udało się i ukończyłem i jestem dumny z siebie także, no i udało mi się ukończyć w limicie. Jeszcze jednym sukcesem tego dnia było to, że po 3 godzinach snu (bo jako współorganizator nieco pomagałem w kilku drobiazgach przy organizacji) zobaczyłem, że zimno, ciemno i leje, i udało mi się zmobilizować i wstać z łóżka. A jeszcze jeden sukces, to to, że na drugi dzień oprócz niezbyt normalnego schodzenia ze schodów, to całkiem nieźle się poruszałem. Ale publicznie twierdzę, że należałoby jednak systematycznie zadbać o kondycję :-))))) Pozdrawiam
Posted on 18 July 2011 at 15:26
admin says:
Jeśli nie uda się zakwalifikować gdzieś w Europie to do zobaczenia :)
Posted on 2 November 2011 at 11:03